W dzisiejszym poście, bo bardo długiej przerwie, postanowiłam przeskoczyć do pewnego momentu w moim życiu. Do krótkich epizodów, historyjek będę jeszcze wracała, coś w formie retrospekcji. Zacznę jednak od tego, że ostatnio się zakochałam, zupełnie bez pamięci, trafiło mnie jak nigdy, ale w końcu się należało, imię na trzy litery, magiczne trzy litery, których mogę słuchać codziennie, po sto razy dziennie ....
Usłyszałam ją raz i od tego momentu słucham. Nastraja mnie, w szczególności podczas mojej ukochanej pory roku - Jesieni. To właśnie ona spowodowała, że zmieniłam nieco kierunek swoich marzeń, ale o tym kiedy indziej. Aby wczuć się w ten post, myślę, że warto słuchać tej piosenki :
To był już październik - 7 miesięcy po wyprowadzce i odejściu Ex. Pracowałam wtedy w sklepiku ze skłodkościami, które obrzydły mi na maxa, ale pełniłam również jedną funkcję społeczną, która wtedy wydawała mi się misja, ale życie jak zawsze wszystko zweryfikowało.
Było już ciemno. Zamykałam podmokłą, zimną budę, w której wtedy pracowałam (sklep). Zadzwonił. Zobaczyłam jego imię na wyświetlaczu. Serce mi biło na potęgę. Od dawna już ja nie dzwoniłam, a tu taki dar od los - ex dzwoni sam od siebie.
Pyta, jak się mam, czy u mnie wszystko w porządku. Czy nie brakuje mi pieniędzy, bo może mam ochotę coś sobie kupić. Szok, szok, szok i jeszcze raz szok.
Ja go pytam, czy sprzedał obrączkę. Powiedział, że nie, że zostawi ją sobie, bez względu na to co się wydarzy.
Pytam o rozwód, czy coś myślał. Mówi, że nie. Nie ma teraz czasu na takie sprawy, że rozwija się w pracy. Wie, że pełnię funkcję społeczną, prosi, abym uważała na siebie i brała ze sobą brata. Akurat w ten dzień musiałam wziąć brata, bo miał prawo jazdy, a cel mojej misji był trudno położony.
W międzyczasie, śmieję się do Ex, żeby mi nie dał rozwodu na urodziny. On się również śmieje. Mówi, że na pewno mi powie. Kończymy rozmowę. Czuję się jakby mnie motyle niosły.
Zadzwonił. Sam zadzwonił. Nie miał żadnego interesu. Rozmawialiśmy jak ludzie. Spokojnie, bez uniesień, pretensji, żali, wyrzutów.
Doszłam do domu, zjadłam obiad, wzięłam papiery, brata i jedziemy na misję. Opowiadam mu wszystko. Cieszy się razem ze mną, i mówi, że może faktycznie coś się ułoży. Docenia we mnie to, że rozmawiałam spokojnie.
Ale praca pracą. Nie możemy dojechać do celu. Przypominam sobie, że ma w tych okolicach kolegę. Proszę go, aby po niego pojechać i poprosić o pomoc. Kolega jedzie z nami. Nie pamiętam jego twarzy, rozmawia z moim bratem. Chodzili razem do liceum. Pamiętam głos i puchatą zimową kurtkę. Nie wiem jeszcze, jak wielka rolę odegra kiedyś w moim życiu.
Załatwiamy sprawę, ZAPISUJĘ DATĘ misji. Żegnamy kolegę, dziękujemy za pomoc. Zapominam o nim.
Jakiś czas później, znajoma bierze mnie na wycieczkę. Byłam wtedy chora, miałam zapalenie krtani. Nie pracowałam, a wycieczka miała podłoże społeczne. Zgodziłam się, babeczka wydawała się fajna, Dużo ze mną rozmawiała. Opowiadam jej o tym telefonie, sama była po przejściach. Powiedziała mi wtedy, że facet jak dzwoni i się martwi, a odszedł, to znaczy, że odszedł do innej kobiety. Eeee gdzie tam, nie on, przecież go znam. Tym bardziej, że wcześniej nie dzwonił tak do mnie, a jak dzwonił to pijany w cztery dupy. No nic jedziemy, rozmawiamy, załatwiamy, wracamy.
Wchodzę zmęczona do domu. Mama mi na wstępie mówi mi, że dziwne awizo do mnie przyszło. Zobaczyłam je. Nogi mi się ugięły, traciłam w nich panowanie. Jednocześnie były jak z waty, a z drugiej strony przelatywały przez nie miliony mrówek. Widziałam, że to awizo z sądu. Były dwa wyjścia. Pierwsze: rozwód. Drugie: rozprawa sądowa związana z pełnioną funkcją, jako świadek.
Proszę brata, żeby podszedł to odebrać. Choć podejrzewam, że mu nie wydadzą, łudzę się, że jednak tak. Wracam z niczym. Po cichu mówi, że z sądu, chyba cywilnego.
K.... ledwo mówię, gorączka. Biegnę na pocztę. Dzwonię do niego, czy składał pozew o rozwód. Mówi, że nie, że to na pewno z banku, karta kredytowa i takie sprawy. Mówię do niego, że przecież zaraz to odbiorę. Mówi, że nie.
Odbieram. Pani wklepuje coś w komputer. Widzę z daleka, czarną czcionką, wielkimi literami, SĄD REJONOWY, I WYDZIAŁ CYWILNY.
Ręce się telepią. W gardle mam gule, a w oczach zbiera się ocean. Nerwowo rozrywam kopertę. Widzę magiczny napis "Pozew o rozwód". Idę, płaczę, widzę co drugie słowo. Dochodzę do świateł. Dzwonię do niego. Możecie mnie uważać za prostaczkę itd. ale rozmowa nie miała wtedy już żadnego poziomu. Słyszę halo i od tego momentu przez chwilę prowadzę monolog, nie daję w ogóle dojść do słowa.
"Ty ku.... tchórzu zaj .... Co to k.... ma być. Kto ci to napisał .... Stek bzdur ... Ty sk .... jeden ... Jeszcze przed chwilą dzwoniłam i pytałam. Mówiłeś, że nic nie składałeś. Więc pytam Cię, kto to pisał i składał ? !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! Od razu ci mówię, nie będziesz ze mnie debila robił. Zrobię wszystko, żebyś nie dostał tego rozwodu. Nie będzie tak jak ty chcesz ... " Rzucam słuchawką.
Wpadam do domu .... no widać po mnie od razu, co przyszło. Siadam przed łóżkiem, wyję, wyję, wyję. czytam i czytam. Nagle widzę, po raz pierwszy, dużą czerwoną pieczątkę z DATĄ WPŁYWU ..... amok, totalny amok...
Matko moja droga, przecież ja kojarzę tą datę .... zaraz zaraz, gdzie jest mój zeszyt z notatkami z pracy .... szukam w szale. Po pokoju fruwają zeszyty, książki, papierki, koperty.
Mammmmm !!!!! Nerwowo przerzucam kartki .....
Jest...... ja pierdolę jest ..... wielka data, którą obrysowałam prostokątem, żeby rzucała się w oczy. Muszę ja porównać z datą na pozwie. Jak byk .... to data, w której jechałam z bratem spełnić misję. Data, w której dzwonił ex, martwił się. Data w której ex zadzwonił, i powiedział, że nie złożył pozwu i nie myśli o tym.
Data, w której ex skłamał, a tak naprawdę złożył. Miał pewnie resztki wyrzutów sumienia, stąd ten telefon, troska. Słowa znajomej się potwierdziły.
Po raz kolejny dałam się oszukać, zmanipulować głupim symbolom, znakom. Po raz kolejny wszystko przeinterpretowałam.
Wiedziałam jednak jedno. Trzeba walczyć, trzeba dać mu nauczkę. Nie dostanie tego co chce, nie po tym wszystkim. Nie po tym kłamstwie. Nie po tym, kiedy rozprawa była 7 dni po urodzinach ....
Dzisiaj dziękuję losowi za to wszystko .... miałam okazję zobaczyć, kto był moim mężem i jak perfidnie faceci potrafią kłamać .... do samego końca .... do 5 minut przed wyjawieniem kłamstwa...
Przykre, ale prawdziwe ......


1 komentarze:
Fajna nutka, ale post jeszcze lepszy, az sie wlos jezy na mysl o tym ex.
Prześlij komentarz