Mojemu ex zawsze mówiłam, że jest niezwykle wpływowym człowiekiem: wszyscy mieli na niego wpływ tylko nie ja :). Największy wpływ miał kolega z pracy, którego nie trawiłam, a on nie trawił mnie. Ex to był taki człowiek, który chłonął każdą głupotę, każdy tandetny szpan. Powtarzał jak głupia papuga (nie obrażając papugi). Rosło wtedy jego poczucie własnej wartości. No cóż każdy potrzebuje się czymś dowartościować, on akurat nikłą światową wiedz. Postaram się to zobrazować na konkretnym przykładzie ....
Chwilę po tym jak dostał awans na prawie wysokie stanowisko w jednej z sieciówek, kolega z pracy, który stał nad nim, postanowił to oblać. Zaprosił zatem ex i jeszcze jednego kolegę z pracy do siebie. Ów kolega mieszkał sam w wynajętym mieszkaniu, a żonę miał dużo dalej. Taka praca .. cóż. Od razu mi się to nie spodobało. Lekceważenie żon (bo ten drugi też żonaty) dało się niesamowicie odczuć.
Poszedł, w sumie nie miałam nic przeciwko temu, nawet się cieszyłam, że nie muszę z nim iść. Ale umówiliśmy się, że wraca o określonej godzinie i to tak, żebym nie musiała po niego wydzwaniać.
Czas mijał. Ja miałam okazję coś poczytać, posprzątałam, zrobiłam co miałam zrobić.
Nagle, w jednej sekundzie, zaczęły bić dzwony, zabrzmiał gong, kukułka zaczęła kukać w zegarze, a budzik dryndał na stoliku.
Alarm ! Alarm ! Alarm ! Alarm ! Uwaga. Uwaga: Obiekt nie wrócił do bazy. Powtarzam: Obiekt nie wrócił do bazy !
Tak, tak, to był sygnał na czas powrotu ex, a jego nie ma.
No to ma przekichane (ładnie powiedziane)
Wzięłam telefon. Dzwonię. Nie odbiera. Raz, drugi, trzeci, piąty, dziesiąty, piętnasty .....
Czekaj, czekaj, ja Cię załatwię dobry duszku. Poczekałam jeszcze 2 minuty, żeby nie było, że nie stosuję kwadransa studenckiego.
Ubrałam się. Wzięłam co miałam wziąć do szybkiego załatwienia sprawy - co widać na załączonym zdjęciu ;)
Idę tak szybko, że sama nie wiedziałam, że tak szybko potrafię. Dzwonię, dzwonię, cały czas dzwonię.
ODEBRAŁ !
- GDZIE
- TY (kurwa)
- JESTEŚ !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
wykrzyczałam z siebie zwierzęcym głosem
- blllalalla jjjjjjeeeemm blblbkalbklnkal robbbbaa knjibhuisabd jem ro-baki - wybełkotał z siebie kompletnie pijany.
- Że co jesz ? Robaki ?
- No mówię ci, robaki są pyszne.
No zdurniał doszczętnie. Ale po tonie głosu, bez znaczenia, że przerywanego bełkotem, słyszałam, że nauczył się nowego słowa, które jest dla niego ważne. Zapewne używa się go w wyższych sferach, więc ex postanowił go wpisać do swojego ubogiego słownika, aby się dowartościować. A co najważniejsze było to słowo - szyfr. Tylko wtajemniczeni wiedzieli czym są te robaki, co jeszcze dodawało dreszczyku emocji.
- No to super, że ci smakują, ja właśnie dochodzę pod blok, w którym jesz te swoje robaki - Tak naprawdę nie byłam jeszcze pod blokiem, raczej w połowie drogi. Jednak metoda zadziałała. Ex zaczął jeść te swoje robaki coraz szybciej. Prawda jednak była taka, że leżał zalany w trupa u kolegi i spał. Czyli otrzeźwiał w sekundę, ubrał się i wyszedł. Było to tak powolne, że ja zdążyłam dojść do tego bloku.
Widzę go. Lezie. Sierota jedna. Od krawężnika do krawężnika. Nagle jeb - potknął się na listku. Wyłożył się jak długi.
Całym sercem krzyczałam: za co ? za co? za co ? Why Why Why ? Ale przecież go tak nie zostawię. Zaczęłam go podnosić. O dziwo jakoś wstał i poszliśmy, jak uhahane małżeństwo, od krawężnika do krawężnika, zataczając nogami w powietrzu koła. Ktoś z boku by pomyślał, że wydurniamy się jak dzieci. Jak słitaśny widok (rzec by można dzisiaj).
- Kurde, ale D. (pierwsza litera imienia kolegi) robi zaj..... te robaki - widzi, że nie reaguję, że wcale się nie jaram tymi robakami tak jako on, to ciągnie temat dalej.
- Muszę wziąć od niego przepis na te robaki. Zobaczysz posmakują ci robaki. Ja nigdy wcześniej nie jadłem robaków, ale teraz to je będę sobie kupował - znowu widzie, że wcale nie jestem ciekawa czym jest słowo - szyfr "Robaki".
- A nie chcesz wiedzieć co to są te robaki - Ha mam Cię robaczku, szpanujesz, szpanujesz, a widzisz, że nie ma czym, to się złamałeś :)
- Aaaaaaa -- zaczął się śmiać jak z dowcipu - to nie są takie robaki. To są .....
Krewetki - powiedział dławiąc się śmiechem
- Taka z Ciebie studentka, a nie wiesz, że krewetki nazywa się robakami - i poleciała seria szyderczych haseł w kierunku mojego kształcenia się.
-
A radź sobie sam. A najlepiej wracaj tam po robaki. Pa ! - i poszłam
zamaszystym krokiem, przerzucając spluwę przez ramię :). Ex został w
tyle, ale wrócił do domu ... powiedzmy.
No tak, jaka ciemna byłam. Przecież to właśnie przez to oblałam egzamin z zoologii. Pamiętam, pamiętam, profesor zapytał mnie: Jak potocznie nazywamy krewetki ? Był bardzo zdziwiony, że nie wiedziałam. Pogroził mi palcem i powiedział groźnym głosem, że bez takiej wiedzy zginę w życiu.
- Robaki proszę Pani, robaki. A teraz pała !
Wtedy rozeszła się plotka po uczelni, że nie wiedziałam, że robaki to krewetki. Nie dość, że wredna to jeszcze głupia, i nie uczy się na błędach.
Pamiętajcie zatem wszyscy wszem i wobec -Gdyby na opakowaniu nie było zdjęcia, co jest w środku. Ale napisane by było ROBAKI: to to są KREWETKI.

1 komentarze:
hehe, super. Uwielbiam czytac Twoje posty. Fenomenalny jezyk, a krewetki bardzo lubie. Do robakow to one nie sa podobne, wiec o co cho...:)
Prześlij komentarz